czwartek, 3 września 2009

ratujmy co się da.

dwa tygodnie 'wakacji' zleciało jak w mordę strzelił.
wypełniłam je czym tylko się dało, zaliczyłam wesele (basz udane), gdzie mnie Świtezianką straszono, połaziłam z Efą po Izerach, piłam śmierdzącą wodę, ponoć zdrowotna, smrodem zabić może. Zachwycałam się murem pruskim i wspaniałymi poniemieckimi dachówkami. Jakoś mnie wzruszają (dachówki). Jak były wichury to zawsze z babcinej stodoły je zrywało i trzeba było łatać. Choć u Dziadków to nie były poniemieckie sztuki jak mniemam.
ano i jeszcze OFF, miło wspominam, bardzo. Obrażano mnie tam notorycznie, zostałam w twarz uderzona.
Towarzystwo powiedzmy nieprzypadkowe. Koc pod drzewem, 'studęcka', koncerty, wszyćko gitesowo.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz